Ojciec Święty Jan Paweł II wielokrotnie przypomina, że demokracja bez poszanowania ładu moralnego staje się ukrytym totalitaryzmem. Bo czymże jest totalitaryzm, jak nie łamaniem praw człowieka? Tyle tylko, że prawa te mogą być łamane w różny sposób. Raz będzie to sposób brutalny, gdy bandyta napadnie na przechodnia, zbije go i ukradnie mu portfel z pensją, zostawiając tylko miedziaki w kieszeni. Innym razem ten sam efekt może być uzyskany jak najbardziej kulturalnie, pod postacią niesprawiedliwego podatku, ściąganego w nienagannie czystych biurach i za pośrednictwem jakże miłej obsługi. W obu jednak przypadkach ten sam człowiek jest obrabowany z należnej mu własności, czyli pełnej pensji, raz w sposób totalitarny, innym razem w sposób demokratyczny.
Okres wakacyjny sprzyja wyjazdom na wieś: do rodziny, do znajomych lub pod namiot. Jaka jest ta polska wieś dzisiaj? Jest swojska, bardzo często rodzina liczy pięcioro, sześcioro, a nawet więcej dzieci. Żywe są więzy między członkami, nadal istnieje ważna instytucja wujka, cioci, chrzestnej czy półbrata. Dom na wsi jest domem wielopokoleniowym, obejmującym nie dwa, ale trzy, a nawet cztery pokolenia, a więc spotkać można prababcię lub pradziadka. A wreszcie - rodziny są bardzo solidarne, szczególnie w trudnych sytuacjach ludzie umieją i chcą sobie pomagać. W porównaniu z wsią widać, jak bardzo warunki miejskie przyczyniają się do upadku rodziny, liczba dzieci bardzo się zmniejsza, dom jest przeważnie dwupokoleniowy, zanikają więzy i solidarność rodzinna.
Jednym z modnych i powracających ciągle słów jest słowo „tolerancja". Pojawia się ono najczęściej w dyskusjach zahaczających o problemy społeczne, polityczne i religijne. Wypowiadane jest z całym namaszczeniem, ciepło, wręcz nabożnie. Brak tolerancji to przecież podobno największy grzech naszych czasów, człowiek światowy jest człowiekiem tolerancyjnym, natomiast zaściankowy katolik, Polak, najczęściej jest ksenofobem, antysemitą, nacjonalistą. Należy być tolerancyjnym, w innym przypadku nie ma się dostępu do wyższych sfer życia publicznego.
Nasz Dziennik, Środa, 20 stycznia 2010, Nr 16 (3642)
Z prof. Piotrem Jaroszyńskim, kierownikiem Katedry Filozofii Kultury KUL, wykładowcą w Wyższej Szkole Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu, rozmawia Mariusz Bober
Jak ocenia Pan Profesor decyzję Sądu Najwyższego w sprawie kasacji Polsatu od wyroku nakładającego na niego karę za naśmiewanie się z Magdaleny Buczek?
- Jest to decyzja jak najzupełniej słuszna, zarówno gdy chodzi o stronę czysto formalną, jak też elementarne poczucie sprawiedliwości połączone z wymaganą od osób publicznych kulturą osobistą. Z tym orzeczeniem muszą się liczyć potentaci medialni, którym czasem wydaje się, że wszystko mogą. Może i mogą, ale nie wszystko im wolno. Choć dla nich ta kara jest i tak symboliczna, to dla opinii społecznej ma ona olbrzymie znaczenie.
Przed pięćdziesięciu laty na Kresach Wschodnich przez kilka dni temperatura wynosiła minus trzydzieści stopni Celsjusza. W gospodarstwach ludzie zapadali w stan swoistego letargu, chroniąc resztki ciepła i energii. Dzieci w ogóle nie wychodziły z domu, tuląc się często do pieca, który wystygał nad ranem, właśnie wtedy, gdy na dworze temperatura spadała jeszcze o kilka stopni.
W jednej z powieści Józefa Conrada, której akcja toczy się we Francji w kilka lat po zakończeniu rewolucji, padają następujące słowa: "...za mało przelaliśmy krwi. Wydaje się, że nigdy nie można przelać dość krwi. To zniechęca." Te przerażające słowa wypowiada były rewolucjonista, który jeszcze nie ochłonął, którego tęsknota za mordowaniem nie wygasła; co więcej, jest on w dalszym ciągu opanowany wręcz zbrodniczym żarem, jego sumienie jest wciąż uśpione. Dlaczego? Nasz wielki pisarz odpowiada: „Sumienie rewolucjonisty jest ogniotrwałe" (Korsarz).
Dziś jesteśmy świadkami, jak w polskim parlamencie zasiadają różni „rewolucjoniści", którzy opanowani są jedną myślą - myślą owego Krwiopijcy z powieści Józefa Conrada: chcą nadal przelewać krew, bo za mało jeszcze jej na polskiej ziemi przelali w czasie wojny i po wojnie.
Opowiadano kiedyś historię św. Moniki, chrześcijanki z IV w. mieszkającej w Afryce Północnej. Bolała ona bardzo nad tym, że syn jej błądził, że nie chciał wrócić do prawdziwego Boga; wolał odnosić sukcesy w popisach retorycznych, zdobywać sławę i nagrody, a nawet przystąpić do sekty zwanej manichejską, która wyznawała kult Zła. Św. Monika dzień za dniem w pokorze prosiła Boga o nawrócenie syna. Aż zdarzyło się pewnego razu, że podszedł do niej pewien biskup z Tagasty i z wielkim przekonaniem powiedział: „Nie, syn tylu łez nie zginie".
Nasza polska ziemia. Ileż tu pokoleń od tysiąca lat żyło, pracowało, modliło się, walczyło, ginęło i zwyciężało. Nasza ziemia to nie jest zwykła ziemia, zbyt wiele bowiem potu, krwi i miłości, zbyt wiele prochów i znaków w siebie wchłonęła, aby mogła pozostać zwykłym piaskiem, gliną, kamieniem. Nasza ziemia karmi, ale jest też żywym i uświęconym pomnikiem dziejów narodu.
Zamożni katolicy w Polsce często wstydzą się swej zamożności, a przynajmniej czują się niezręcznie. Widzą wokół ludzi biednych i mają poczucie, że nie wypada mieć więcej od innych. Pamiętają też o słowach Chrystusa skierowanych do bogatego młodzieńca, że trudniej będzie wejść bogaczowi do nieba, niż słoniowi przejść przez ucho igielne. Z drugiej jednak strony, jeśli już jakoś się dorobili, zdają sobie sprawę, że życie w ubóstwie nie jest łatwe, a w dodatku bywa upokarzające. Jak to więc właściwie jest z tym ubóstwem i zamożnością? Czy zamożności rzeczywiście należy się wstydzić i nawet ją ukrywać, a z ubóstwa należy być dumnym? Problem to poważny i aktualny. Ponieważ wiele aspektów zostało wyraźnie poprzekręcanych, czy to z powodu złej woli, czy ignorancji, musimy więc spokojnie problem ten rozważyć.
Co dobre i wielkie, dojrzewa długo i potrzebuje geniuszu. Aby powstał naród, nie wystarczy jedno pokolenie, trzeba wielu pokoleń, i to takich, które szanować będą ludzi wybitnych, bo w nich, mówiąc słowami Mickiewicza, każdy z nas widzieć będzie cząstkę swej wielkości. W krótkim czasie zawiązać się może li tylko horda albo banda zbójecka. Bez uznania wielkości nie będzie narodu, lecz masa, którą karmić się będą rodzime lub obce cwaniaki.
Nasz Dziennik, Czwartek, 14 stycznia 2010, Nr 11 (3637)
Z prof. Piotrem Jaroszyńskim, kierownikiem Katedry Filozofii Kultury Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego Jana Pawła II, rozmawia Mariusz Kamieniecki
Dlaczego troska o język polski jest tak ważna?
- Język jest podstawowym środowiskiem rozwoju lub degradacji kultury, w tym wypadku kultury polskiej, a to przekłada się na kulturę osobistą każdego z nas. Dziś obserwujemy, jak w zastraszający sposób poziom kultury naszego języka się obniża, sięgając wręcz dna, i to w życiu publicznym, nade wszystko w mediach i w polityce. Poloniści i filologowie milczą, więc kto ma przemówić jako autorytet w obronie polskiego języka? Na szczęście przemówili księża biskupi i chwała im za to.
Na forum parlamentu wraca znowu problem tzw. aborcji. Daje się słyszeć głosy, że chodzi o wciągnięcie nas w temat zastępczy, byśmy przestali się zajmować nadużyciami i przestępstwami ludzi najwyższych kręgów życia politycznego w Polsce. Jednak niezależnie od tego, czy chodzi tu o temat zastępczy, czy nie, warto ustosunkować się doń w sposób racjonalny i wyrazisty, bo właśnie wtedy przestanie być tematem zastępczym.
W czasie zaborów, gdy mowa i tradycja polska były publicznie zakazane pod groźbą wyrzucenia ze szkoły czy utraty pracy, twierdzą naszej tożsamości był „każdy próg"; znaczyło to, że gdy przestępowało się próg polskiego domu, to nawet jeśli na zewnątrz panoszyła się obca nam, barbarzyńska cywilizacja ruska czy pruska, jednak wewnątrz oddychało się Polską, słychać było polską muzykę, w kąciku dzieci uczyły się na pamięć skarbów naszej poezji, a na ścianach wisiały pamiątki ilustrujące naszą historię:
Nasz Dziennik, Poniedziałek, 18 maja 2009, Nr 115 (3436)
Prof. Piotr Jaroszyński: Jak przetrwać w sytuacji anomii struktur państwowych. O realnych zagrożeniach wynikających m.in. z destrukcyjnych działań obecnego rządu mówił w Krakowie prof. Piotr Jaroszyński, szef Katedry Filozofii Kultury KUL oraz wykładowca Wyższej Szkoły Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu.
Sobota-Niedziela, 24-25 października 2009, Nr 250 (3571)
Prof. Piotr Jaroszyński, kierownik Katedry Filozofii Kultury Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego Jana Pawła II, wykładowca Wyższej Szkoły Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu: Mają rozmiękczać elity. Wiele fundacji, i to o zasięgu międzynarodowym, powstaje po to, aby rozmiękczać pewne środowiska, głównie elity, by zyskując ich przychylność, mieć możliwość głębszej penetracji tych społeczności, na czele których stoją lub będą stały określone osoby. Rozmiękczanie jest proste, ma wymiar głównie finansowy - może to być nagroda pieniężna lub stypendium, wręczona oficjalnie, zgodnie z prawem. Kto jest na dorobku albo lubi być wyróżniany, fetowany, sławny - chętnie przyjmuje takie wyróżnienia. A potem? Potem trzeba jakoś się odwdzięczyć dobrodziejom, a więc stać się wyrazicielem ich interesów, a nie społeczności, za którą faktycznie powinno się odpowiadać. Niestety, dziś fundacje bardzo często przybierają postać, co tu dużo mówić, zalegalizowanej korupcji. Trzeba uważać, co się przyjmuje, od kogo i po co, nawet jeśli wszystko jest zgodne z prawem. Obawiam się, że jeszcze od czasów PRL Niemcy (wówczas Zachodnie) prowadziły w wielu wypadkach politykę fundacyjną, której celem było utrwalanie nastrojów germanofilskich, a zarazem antypolskich. Był taki pisarz, Andrzej Szczypiorski, który był noszony w Niemczech na rękach; nagrody, wyróżnienia, wywiady, a on nic innego nie robił, tylko opluwał Polaków i Kościół. Potem się okazało, że przy okazji był też tajnym współpracownikiem Służby Bezpieczeństwa PRL. Tak czy inaczej, ponieważ tak wiele fundacji nie jest bezinteresownych, trzeba uważać, a jeśli ktoś nawet zdecyduje się coś przyjąć, to powinien przekazać nagrodę na cele dobroczynne, żeby zachować niezależność. W innym wypadku człowiek nawet się nie spostrzeże, jak staje się narzędziem w czyimś ręku. Przykład polityków odpowiadających formalnie za państwo polskie, a działających faktycznie na rzecz obcych interesów, to ostrzeżenie, jak daleko sięgają macki fundatorów i jak dalekosiężne mają plany, a zarazem jak słabi moralnie są niektórzy politycy. Ale czy w ogóle można ich nazywać politykami, jeśli można ich kupić, i to tak tanio? Na fundacje sypiące nagrodami, zwłaszcza obce, międzynarodowe, trzeba bardzo uważać. not. Amb
Norwid miał niespełna trzydzieści lat, gdy w liście do swego przyjaciela, Józefa Bohdana Zaleskiego, pisał: „Ba... gdyby to nie z krzyżem Zbawiciela za sobą, ale ze swoim za Zbawicielem szło się..." (Paryż, 6 stycznia 1851 r.). Ani autor listu, ani jego adresat nie mogli żadną miarą domyślać się, że po stu czterdziestu trzech latach zdanie to znajdzie się na kartach książki napisanej przez Papieża Polaka, i co więcej - będzie ono kluczem do zrozumienia sensu tytułu i myśli przewodniej.
Gdy Józef Conrad mial siedemnaście lat, marzenie, aby wyjechać w świat i zostać marynarzem, nabrało realnego kształtu. Nadszedł dzień wyjazdu. Był rok 1874. I wówczas przyszły kapitan Brytyjskiej Marynarki Handlowej, a później wielki pisarz angielski, usłyszał od jednego ze swych opiekunów, Stefana Buszczyńskiego, następujące słowa: „Pamiętaj, gdziekolwiek będziesz płynął, zawsze płyniesz do Polski".
Można by pomyśleć, że gdy człowiek przychodzi na świat, to jego konto jest czyste i dopiero później wypełnia się różnego rodzaju zobowiązaniami. Tymczasem każdy człowiek już od chwili poczęcia jest dłużnikiem, i to trojakim. Jest dłużnikiem wobec Boga, wobec własnych rodziców, wobec Ojczyzny.
Nasz Dziennik, Sobota-Niedziela, 7-8 listopada 2009, Nr 262 (3583)
Pomimo upadku komunizmu sowieckiego marksizm trwa nadal w swych rozlicznych mutacjach, zarowno w Polsce, jak i w swiecie zachodnim. Jego glowne centra znajduja sie w kregach inteligenckich, zwlaszcza w osrodkach akademickich, ktorych przedluzenie stanowia media opanowane przez ich absolwentow i zwolennikow Nowej Lewicy. Walka z totalitaryzmem sowieckim nie byla walka o pelna wolnosc, ale byla to walka o wolnosc dla Nowej Lewicy i jej wersji marksizmu. Nowa Lewica jako mutacja marksistowska stanowi ciagle zagrozenie dla rodziny, narodu i Kosciola, poniewaz jej celem strategicznym jest utworzenie spoleczenstwa homunkulusow - bez rodziny, bez narodowosci i bez wiary.
WSKSiM - najlepsza uczelnia w regionie, czołowa w Polsce
Przywrócić ład w kulturze
Nasz Dziennik, Sobota-Niedziela, 6-7 lutego 2010, Nr 31 (3657)
Z prof. dr. hab. Piotrem Jaroszyńskim, kierownikiem Katedry Filozofii Kultury Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego Jana Pawła II, wykładowcą i członkiem Rady Naukowej Wyższej Szkoły Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu, rozmawia Dorota Zbierzchowska
W najnowszej książce Wydawnictwa Wyższej Szkoły Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu ukazał się artykuł Pana Profesora "O ład w kulturze". Na czym polega ład w kulturze rozumianej w sensie klasycznym?
- Najprościej mówiąc, ład jest wtedy, gdy wszystko jest na swoim miejscu. Brzmi to może zbyt banalnie, ale banalne wcale nie jest, bo po pierwsze, aby miał miejsce ład, nie może niczego brakować z tego, co powinno być, a po drugie, potrzeba wysokiej kultury, aby umieścić każdą rzecz tam, gdzie należy. Potrzebna jest siła porządkująca, nie są nią ani uczucia, ani wola, lecz wykształcony rozum. Uczuć i woli nam nie brakuje, ale z tym rozumem to bywa różnie...
Przez cały okres komunizmu, a więc przez ponad pół wieku, funkcjonowała w Polsce cenzura. O ile cenzura w Rzymie dotyczyła spraw moralno-obyczajowych, a w Kościele katolickim - spraw moralno-religijnych, o tyle cenzura w Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej dotyczyła praktycznie całości życia społecznego; miało ono być poddane woli partii i przebiegać zgodnie z oficjalną ideologią. Cenzurą objęte były wszelkie publikacje i widowiska: dzienniki, tygodniki, miesięczniki, roczniki, księgi, książki i książeczki, podręczniki i zeszyty, filmy, teatry i kabarety, wiadomości i reportaże, konkursy i festiwale, po prostu wszystko, co w skali społecznej docierało do ucha lub oka.
Skarbem każdego kulturalnego narodu są blioteki. Księgi tam gromadzone pozwalają zarówno na prowadzenie specjalistycznych badań naukowych, jak i na szerzenie oświaty. Albowiem słowo zapisane jest utrwaleniem myśli, która - choćby była najwznioślejsza - uleci szybko, jeśli w jakiś sposób się jej nie zatrzyma. Słowo zapisane zatrzymuje tę myśl i pozwala ją przekazać innym, jest znakiem, które trwać może przez pokolenia. I właśnie biblioteki powstawały po to, aby cenną myśl sformułowaną i zapisaną kiedykolwiek, przed stu czy przed dwoma tysiącami lat, zatrzymać i uczynić dostępną dla każdego, kto umie czytać. Dzięki temu łatwo jest szerzyć oświatę, a kulturę podnosić na coraz wyższy poziom.
Nasz Dziennik, Środa, 13 stycznia 2010, Nr 10 (3636)
"Załatwić negatywnie" - to lakoniczne stwierdzenie zamykało ciągnący się nieraz całymi latami proces blokowania przez reżim komunistyczny przyznawania stopni naukowych "wrogom systemu". Na każdym etapie komuniści z Ministerstwa Spraw Wewnętrznych mogli zablokować nominację doktorską czy profesorską za pośrednictwem komitetów PZPR, mogli przetrzymywać wniosek, by w końcu go odrzucić, a przez ubeków lub późniejszych esbeków wpłynąć na wnioskodawców "proponując wycofanie wniosku", co praktycznie oznaczało jego odrzucenie.
Oddech PRL-u jest ciągle żywy, nie tylko w polityce, mediach czy w biznesie, ale również w nauce. O tym trzeba pamiętać, gdy zastanawiamy się nad powodem niedoboru polskich elit w niepodległej od ponad 20 lat Polsce. Posłem można zostać w ciągu jednego dnia, w dniu wyborów, ale droga do profesury to dziesięciolecia, a i jej wpływ może trwać dziesiątki lat. Stąd pytając o kondycję środowiska naukowego w obecnej Polsce nie możemy nie zapytać o jego peerelowską przeszłość.
We współczesnym świecie zachodnim obserwujemy działania, których celem jest rozbicie rodziny i osłabienie więzi narodowych. Następuje swoista atomizacja społeczeństwa i równocześnie predominacja państwa o bardzo rozwiniętej administracji. W tym nowym świecie człowiek traci poczucie głębszej przynależności społecznej i tym samym ulega alienacji. Niestety, po roku 1989 ten zachodni liberalizm przeniknął również do Polski i coraz bardziej widoczne jest jego oddziaływanie. Aby się przed nim obronić, musimy wracać do podstawowych wartości, jakimi są rodzina i naród.
Słyszymy dziś wiele narzekań, czy to z powodów osobistych, czy rodzinnych, czy społecznych. Narzekania te są w większości przypadków uzasadnione; mamy powody do niezadowolenia. Ale gdy się zastanowimy i przebiegniemy myślą historię człowieka, dojdziemy do wniosku, że zawsze słychać było narzekania. Tak też jest i teraz. Jeden narzeka, że nie ma pieniędzy, inny, że choruje, jeszcze inny, że nie ma samochodu, a inny, że nie otrzymał wymarzonego stanowiska.
Mało jest pojęć, które byłyby dziś bardziej nadużywane niż pojęcie demokracji. W gazetach, w radiu, w telewizji, nawet w szkole, co drugie słowo to „demokracja". Jednak co ono właściwie znaczy, wie, i to tylko w przybliżeniu, nie co drugi, ale może co tysięczny człowiek. Reszta nawet nie ma czasu, aby się zastanowić, i albo narzeka na demokrację, albo przeciwnie, widzi w niej cudowny środek kamuflujący wszelkie nadużycia. Więc jak to jest z tą demokracją?
Położenie obecne, w jakim znajduje się nasza Ojczyzna, jest przejściowe. Kto w to wątpi, albo nie jest Polakiem, albo jest małego ducha. Trudno bowiem zaakceptować stan rozkładu cywilizacyjnego, w jaki wpychani jesteśmy przez zdemoralizowanych i zbankrutowanych osobników, choćby i mieli poparcie w świecie ze strony podobnych im indywiduów. Wiadomo, similis simile gaudet - podobne cieszy się podobnym, a tzw. świat czy Zachód wyraźnie gdzieś zabrnął i znalazł się w przerażającej duchowej próżni.
Proces budowania w Polsce antycywilizacji opartej na antydekalogu powoli zbliża się do końca. Na przykazanie: „Nie klam!" państwo odpowiada: „Kłam!". Na przykazanie: „Nie kradnij!" państwo odpowiada: „Kradnij!". Na przykazanie: „Nie cudzołóż" państwo odpowiada: „Będziemy dzieci wasze wychowywać do nierządu!". Na przykazanie: „Nie zabijaj!" państwo odpowiada: „Zabijaj!". Kłam, zdradzaj, kradnij, cudzołóż, zabijaj - oto jakie zasady wolności położyło przed tobą państwo. Ale pamiętaj - ta wolność prowadzi do tego, że również ty możesz zostać oszukany, obrabowany, zgwałcony i zabity, ty, twoi bliscy, rodacy. I nic już nie będziesz mógł zrobić, aby złu się przeciwstawić, bo w Polsce obowiązywać będzie wyłącznie prawo do zła.
Nasz Dziennik, Czwartek, 7 stycznia 2010, Nr 5 (3631)
Dziś Sejm rozpocznie prace nad dwoma projektami zmian w Instytucie. Pamięci Narodowej Platforma chce upartyjnić IPN.
Z prof. Piotrem Jaroszyńskim, kierownikiem Katedry Filozofii Kultury Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego Jana Pawła II, rozmawia Marcin Austyn
Lewica chce zlikwidować Instytut. Platforma Obywatelska serwuje zaś pogląd, że jest on mocno upolityczniony, a zmiana sposobu nadzoru temu zapobiegnie. Wiele do powiedzenia przy wyborze Rady IPN miałyby środowiska naukowe. Czy jednak one zapewnią uwolnienie Instytutu od polityki?
- To jest niemożliwe, ponieważ inicjator tego pomysłu, czyli PO, wszystko, co robi, robi z racji politycznych. Więc to PO chce upartyjnić IPN. A obecność naukowców w Radzie IPN bez ich dekomunizacji i lustracji jest wręcz śmiechu warta, bo przecież to środowisko naukowe było bardzo silnie infiltrowane przez PZPR i służby specjalne. Środowisko to jest, niestety, ciągle mało wiarygodne, a w sprawach historycznych mało obiektywne, zwłaszcza jeśli jest związane z poprzednim systemem.
Złamana ma też zostać obecna kadencyjność stanowiska prezesa IPN - jego wybór i odwołanie będą znacznie łatwiejsze. To zdeterminuje sposób jego działania?
- Oczywiście zbyt wielka zależność wyboru i odwołania prezesa IPN od aktualnego układu politycznego sprawi, że ta osoba, aby się utrzymać, będzie musiała być poprawna politycznie, co oznacza, iż nie będzie mogła realizować długofalowego programu badawczego. A przecież tu chodzi właśnie o badania bardzo wnikliwe i żmudne, aby poznać prawdę, a nie tworzyć fakty medialne czy polityczne.
Przymierzając się do rewolucji w IPN, Platforma nie mówi nic o funduszach. Tymczasem ma powstać inwentarz, na podstawie którego dokumenty mają być wydawane w ciągu siedmiu dni. To realne założenie?
- Jest to nierealne. To tylko taki wabik, żeby zdobyć przychylność osób prowadzących kwerendę w IPN, a które na pewne materiały muszą czekać dłużej. W obecnych warunkach nie ma możliwości, aby trwało to krócej.
Jaki jest cel proponowanych zmian?
- Po pierwsze - chodzi o zablokowanie tych badań, które PO, czyli lewicy solidarnościowej i służbom specjalnym PRL, są nie na rękę, a które pokazują, jak jedni współpracowali z drugimi, a po drugie - chodzi o zwalczanie przeciwnika politycznego za pomocą materiałów znajdujących się wprawdzie w archiwum, ale zebranych wybiórczo.
W Polsce ciągle łamane lub lekceważone są prawa człowieka, i to nie sporadycznie, lecz w sposób instytucjonalny i zorganizowany. By się o tym przekonać, wystarczy sięgnąć do Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka uchwalonej przez Ogólne Zgromadzenie Narodów Zjednoczonych na posiedzeniu w dniu 10 grudnia 1948 r. w Paryżu (tekst Deklaracji zamieszczony jest w dziele o. prof. M. A. Krąpca, Człowiek i prawo naturalne, Lublin 1993, s. 235-239).
Nasz Dziennik, Sobota-Niedziela, 10-11 stycznia 2009, Nr 8 (3329)
"Feliks Koneczny jest niezastąpiony tam, gdzie pojawia się pytanie o tożsamość Zachodu" - podkreśla w książce "Przywracanie pamięci" prof. Piotr Jaroszyński. Niestety, jego dorobek nadal jest bardzo słabo znany w Polsce, a prawie w ogóle za granicą. W tym roku mija 60. rocznica śmierci tego wielkiego uczonego.
Nasz Dziennik, Poniedziałek, 2 czerwca 2008, Nr 127 (3144)
Prof. Piotr Jaroszyński: Zgoda na zorganizowanie takiej dyskusji, jak i branie w niej udziału w środowisku akademickim jest niegodna naukowca. Najstarsza i jedna z najbardziej renomowanych uczelni w Polsce - Uniwersytet Jagielloński, którego donatorką była święta Królowa Jadwiga, firmuje wątpliwej jakości imprezę, jaką jest panel dyskusyjny "Czy Trybunał w Strasburgu zalegalizował aborcję? - Wyrok Alicja Tysiąc przeciwko Polsce". Dobór interlokutorów i sposób reklamy spotkania wskazują, że organizatorzy już dysponują "jedyną słuszną" tezą. Imprezę reklamuje wyjątkowo wulgarny plakat autorstwa znanej skandalistki Doroty Nieznalskiej z nagą kobietą przepasaną koroną cierniową. Ze względu na drastyczność obrazu nie zdecydowaliśmy się go zamieścić.
Człowiekowi zawsze grozi to, że albo będzie potraktowany jak rzecz (gdy na przykład zostanie przewrócony i kopnięty, tak jakby był drewnianym klockiem), albo też że potraktowany będzie jako żywe narzędzie. Pierwsza sytuacja jest bardzo czytelna, zdarzyć się może komuś, kto zostanie napadnięty przez chuliganów, albo kto musi żyć w ustroju chuligańskim, który zinstytucjonalizował traktowanie człowieka jako rzeczy. Od roku 1917 dziesiątki, a nawet setki milionów ludzi było świadkami i ofiarami takiego traktowania. Czym jednak jest to drugie zagrożenie - stanie się żywym narzędziem?
Działalność przestępczo-kryminalna kojarzy się nam najczęściej z aktywnością tzw. marginesu społecznego, do którego należą różne rzezimieszki, złodziejaszki, bandyci czy wreszcie mordercy. W zdrowym państwie grupa taka jest rzeczywiście tylko marginesem. Jednak coraz więcej wskazuje na to, że XX wiek upłynie pod znakiem zła zorganizowanego na skalę państwową, a nawet międzynarodową. A chodzi tu nie tylko o czas wojen, gdy zło jest namacalne, ale również o czas tzw. pokoju.
"Doszło już więc do absurdu, że ludzi trzeba na przykład przekonywać, aby zgodzili się na uwłaszczenie, czyli zechcieli odebrać swoją własność, ba, by zechcieli, aby Polska pozostała w rękach Polaków. To jest stan, który za Seneką, określić można mianem insania publica, czyli obłęd zbiorowy".
Jesteśmy świadkami jednego z najtragiczniejszych wydarzeń końca XX wieku; gdy Polacy, bohaterski naród, który umiał bić się za wolność swoją i cudzą, który wydał Papieża, dziś - nie wyjeżdżając za granicę - ucieka od własnej Ojczyzny. Wyrzeka się prawdy, pobłaża złu i zdradzie, wybiera oszustów i złodziei, nie chce fabryk, nie chce nawet ziemi. Dokąd tak ucieka? Czy ucieknie od siebie? Se quoque fugit?
Nasz Dziennik, Środa, 18 listopada 2009, Nr 270 (3591)
Wyrok w sprawie zdjęcia krzyża ze ściany w jednej ze szkół włoskich zdziwił i oburzył wiele środowisk nie tylko we Włoszech, ale także w całej Europie i na świecie. Padły liczne argumenty uzasadniające, dlaczego krzyż powinien zostać. Tylko że wyrok jest wyrokiem i będzie miał moc precedensu. Kolejne osoby mogą zgłaszać swoje pretensje, aby usuwać krzyże ze szkół, licząc przy okazji na spore odszkodowania - Fince, która pozwała państwo włoskie, Trybunał zasądził 5 tys. euro, ale przecież może być więcej.